wtorek, 25 sierpnia 2009

Witamy w geosieczkarni

To o co wlasciwie chodzi w Nachıczewanie? Jako, ze dotarlismy na miejsce, nalezaloby sie pare slow wyjasnienia. Po co, jak tam i co tam. Liczylismy troche na to, ze zdobedziemy te niezbedne informacje od mıeszkancow, ale oni sami nie bardzo wiedza. Bo po tureckiej stronie granicy wzdychaja tesknie: "Ach Nachiczewan, ach jak to u nas.", a juz u siebie pytaja przyjezdnych:
- Co robicie na tej zapomnianej przez Boga ziemi?

Zapytal nas o to w nienagannym rosyjskim starszy pan w Culfie. Culfa lezy nad iranska granica, ale prawde mowiac w Nachiczewanie wszystko lezy nad jakas granica, strefa pograniczna, lub - wyjatkowo - w poblizu otwartego przejscia. Culfa, miescina na poludniu republiki nalezy do tej trzeciej kategorii. Mozna tu przedostac sie pociagiem lub autobusem do ojczyzny Chomeiniego. I chyba nic poza tym nie pozostaje do roboty w skupisku niskich domow otoczonych kamiennymi murami i oplecionych zoltymi rurami z gazem. Nawet jednak, jesli uznamy, ze Bog o Culfie zapomnial, to zostawil jednak wlaczone ogrzewanie. Albo jakies wielkie zelazko. Odpowiedz na pytanie starszego pana wyrzucilısmy z pluc strumieniem goracego powietrza, prosto w 40 stopniowy, pylisty upal.

- Ogladamy sobie.

No bo co tu innego madrego powiedziec? Noe to mial dobrze, bo po zejsciu z Arki w Nachiczewanie nikt mu pewnie nie zadawal takich pytan. Ale patriarcha lezy od dawna w grobie-mauzoleum w stolicy, a grob od jego smierci zdolano juz kilka razy zburzyc i odbudowac. Ostatni raz w 2006 roku. A wiec doszlismy juz do tego, ze w Nachiczewanie sie burzy i wznosi. Dosc czesto, bo historia calego regionu tworzy krwawa koronke trupow*. Trupy sa ormianskie, otomanskie, perskie, azerskie... Panowanie nad tym skrawkiem ziemi zmienialo sie wielokrotnie. Niespkojny duch miejsca dal o sobie znac podczas rozpadu Zwiazku Radzieckiego. Nachiczewan byl pierwsza republika, ktora oderwala sie od sowieckiego imperium, wyprzedzajac takze swoja macierz, czyli Azerbejdzan. A ostatecznie zostala jego eksklawa. Miedzy eksklawa a stolica w Baku lezy Gorski Karabach - formalnie ormianskı, choc wedlug Azerow tylko okupowany przez Ormian od czasow wojny w 1994 roku. "Wojna" i "wojsko" to slowo klucz w Nachiczewanie. Tej pierwszej poswieca sie mauzolea, do tego drugiego idzie tu kazdy mezczyzna. Na wypadek, gdyby stare spory odzyly. Chociaz wlasciwie one nigdy nie przymieraja, a co wiecej obudowywane sa prawdziwymi legendami. W kazdej bibliotece stoi polka ksiazek opisujacych "ormianskie zbrodnie".

- Wiecie jaki kraj jest największym eksporterem organów na świecie? Armenia! - z przejęciem opowiadał nam Vugar - nasz anglojęzyczny "anioł stróż" z nachiczewańskiego uniwersytetu. Jego praca sprowadzała się do spacerowania z nami po stolicy republiki i zniechęcaniu do wyjazdów poza nią. - Ormianie zabijają azerskich jeńców i wycinają im serca, wątroby. To bandyci i marionetki Rosji - wpajał nam wiedzę młody aktywista, a oczy gorzały mu słusznym gniewem za szkłami okularów.

Zastanawiamy się, czy w azerskiej wersji Asterixa ulubionej kwestii głównych bohaterów nie przerobiono aby na "Ale głupi ci Ormianie!". A mnie kołacze się jeszcze w pamięci obrazek z drugiej strony barykady.

Ormiańskiemu taksówkarzowi, z którym jechałem rok temu przez ulice Erewania też gorzały oczy. Tuż za granicą rozkręcała się właśnie wojna rosyjsko-gruzińska.

- Saakaszwili to chory człowiek! Putin to wielki mąż stanu, wreszcie zrobi porządek na Kaukazie. Wreszcie jakiś mądry przywódca! Nie to co Jelcyn, on to Niemcy sprzedał, Polskę sprzedał Amerykanom.

Morał? Nikt na Zakaukaziu nie ma monopolu na pieprzenie od rzeczy. Ale też w każdej głupocie tkwi ziarno faktu. Przy całej nienawiści i fantastycznych oskarżeniach Azerów, trudno zaprzeczyć ścisłym związkom Moskwy z Armenią. A chyba nikt nie wyrządził w ostatnim wieku Zakaukaziu tyle krzywdy co Moskwa, umiejętnie realizująca zasadę "dziel i rządź". Podzieliła Azerbejdżan na dwoje, odegrała swoją rolę w konflikcie o Karabach, odarła Gruzję z dwóch kawałków ziemi, a po drugiej stronie gór rozjechała czołgami Czeczenię. Nachiczewan jest w tej geopolitycznej sieczce ziemią pozostawioną nieco na uboczu. Dla Europejczyka praktycznie nieznaną. Pewnego wieczoru zaczepił mnie w kafejce internetowej opalony po pustynnemu chłopak:

- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- Turysta?
- No turysta.
- Ej, ale wiesz, że tu nikt nie przyjeżdża?




*Prawa autorskie do "krwawej koronki trupow" posiada obecnie rodzina Melchiora Wankowicza.

piątek, 21 sierpnia 2009

Ilandag

Biblijny Noe byl zdecydowanie lepszym patriarcha niz marynarzem. Dowody na to znajdziemy wlasnie w Nachiczewanie i okolicach. Otoz zanim ostatecznie wpakowal sie swoja Arka na gore Agry Dagy, znana bardziej pod szerzona przez ormianska propagande nazwa Ararat (patrz poprzedni post), dokonal zniszczen na znajdujacej sie w poblizu Nachiczewanu gorze Ilandag, wybijajac w skale niemala przelecz. Tyle mowi legenda. W praktyce dzielo Noego wyglada tak:


Ilandag jest doskonale widoczna z miasta Nachiczewan. Jak tu swobodnie chodzic po ulicach, kiedy co chwile zza budynku wychyla sie taki atrakcyjny widok? Nasze oczy odmawialy posluszenstwa, gdy tylko znajdowala sie w zasiegu wzroku. Wpadalismy na laternie, potykalismy sie o krawezniki, deptalismy male zwierzatka. Nie bylibysmy soba, gdybysmy chociaz nie sprobowali tam wejsc, mimo ze gora nie oszalamia wysokoscia - ma zaledwie 2415 m.

W Internecie zadnych informacji poza zdawkowym wpisem na Wikipedii. Pytalismy wiec miejscowych. Dowiedzielismy sie jedynie, ze "ktos tam pewnie kiedys wylazl". Uzbrojeni w te niezwykle cenna wiedze wyruszylismy na podboj Ilandag.

Po wczesniejszym rozpoznaniu dojazd nie stanowil problemu. Po godzinie marszu przez pustynie docieramy do prawdopodobnie bardzo starych ruin wsi w oazie, ktora teraz sluzy jako miejsce wypasu zwierzat. W tym miejscu pojawiaja sie pierwsze trudnosci techniczne - jak zmiescic w sobie ogromna ilosc jedzenia, przygotowanego dla nas przez pasterzy? Wkrotce jednak trudnosci puszczaja, a my, nieco ociezale, podazamy w kierunku wskazanym przez naszych gospodarzy.

Zaledwie po 4 godzinach bladzenia w gore i w dol znajdujemy zespol zlebow, ktore prowadza nas w kierunku szczytu. Przy okazji dowiadujemy sie, dlaczego inna nazwa tej gory to "Snake Mountain". Domyslcie sie, dlaczego.

Robi sie pozno, mimo to napieramy. Dochodzimy do przeleczy bedacej pamiatka po biblijnym patriarsze. Jest 17.45, zmrok zapada okolo 21. Droge w dol szacujemy na 2 godziny, dlatego podejmujemy decyzje, ze idziemy jeszcze 15 minut i dokladnie o godzinie 18 zawracamy. Bezpieczenstwo jest wazniejsze od zdobycia szczytu - kazdy doswiadczony wspinacz podjalby taka decyzje. Jako ludzie rozsadni nie mozemy pozwolic sobie na przekroczenie narzuconego czasu, w ktorym mamy zawrocic - dlatego dopiero po drugim cofnieciu zegarka o 10 minut osiagamy szczyt! Liczymy, ze to pierwsze polskie wejscie - rozpiera nas duma.

Na szczycie powiewaja oczywiscie dwie flagi - azerska oraz turecka. Nie ma jednak pomnikow Ataturka i Heydara Aliyeva, ktorych sie spodziewalismy. Zejscie jest nie mniej meczace od wejscia, dlatego nie mamy ochoty isc za daleko - nocujemy we wspomnianej wczesniej oazie. Noc na pustyni zapewnia dodatkowe, zaskakujace nas atrakcje - deszcz, bardzo niska temperature oraz silny wiatr.

Podsumowujac, gora niewysoka, ale dajaca satysfakcje. Zapewnia niemal cala game atrakcji, jakie moze nam zaoferowac Kaukaz - zaczynajac od pieknych widokow, malej popularnosci, mozliwosci poczucia sie jak pierwsi zdobywcy, konczac na drodze pokrytej od podnoza do szczytu osuwajacymi sie kamieniami, bardzo kruchej skale, spadajacych co chwila glaza zrzucanych przez "tego powyzej", wysokiej temperaturze na dole i solidnym wietrze u gory, zmijach, trudnosciach orientacyjnych. Polecamy!

Maciek

ps. Tak, wiemy ze to troche nie po kolei i ze nie zajaknelismy sie jeszcze slowem o pozagorskich urokach Nachiczewanu. Ale sa w zyciu rzeczy wazne i wazniejsze.

Powrot wizy, czyli "problem jok"

Podczas podrozy noc ma to do siebie, ze rozwiazuje wszelkie problemy. Bo w koncu mozna przestac sie zajmowac zmudnym wystawaniem przy drodze (jesli lapiemy stopa), walka o wize (jezeli wybieramy sie do Nachiczewanu), lub gra w karty (jezeli prowadzimy nieustajaca rozgrywke w remika o pol litra). Jest noc - trzeba isc spac. A miejsce jakos sie znajdzie, z niewielka pomoca instynktu.

W Karsie instynkt zawiodl nas do domu kultury. Nie powiem, nie tego sie po nim spodziewalismy, ale decyzja okazala sie trafna. Kiedy staralismy sie odgadnac funkcje sporego budynku na uboczu miasta, wypadl na nas policjant. Slowo "wypadl" najlepiej opisuje wektor ruchu starszego mundurowego w bassebalowce i z wasem. Podbiegajac do nas wykrzykiwal rozmaite slowa po turecku i machal rekoma. Mimo tego, po chwili domyslilismy sie, ze... zaprasza nas do srodka. Gdybysmy byli harcerzami, zebralibysmy tej nocy duzo sprawnosci. Obozowanie w miescie - to raz. Rozmowa po turecku za pomoca czterech slow* - dwa. Wypalenie shishy z policjantem - trzy. I co wy wiecie o policji, smutni chlopcy z polskich blokowisk?

Wyspalismy sie tego dnia nad podziw dobrze. I slusznie, bo czekal nas kolejny zwrot akcji. Zwrot zastal nas przy sniadaniowym melonie o poranku, nad rzeka. Objawil sie dzwonkiem telefonu. Halo halo, tu Londyn... to znaczy Uniwersytet Nachiczewan. "Przepraszamy bardzo za problemy z wiza, wogole namieszalismy, ale przyjedzcie jeszcze raz na granice, to was wpuszcza. Bez wizy." Ech, no i tak to jest, jak sie chce zrobic wakacje od wakacji. Ledwo dalismy z Nachiczewanem za wygrana, okazuje sie, ze mozemy jeszcze wygrac. Z ociaganiem rezygnujemy z chaotycznego urlopu w Turcji, ale nie zamierzamy pedzic na azerska granice na zlamanie karku. Dzis zostajemy na miejscu. Bo Kars, gdzie jestesmy, to nie takie pierwsze lepsze miasto w Turcji. I nie chodzi nam tylko o to, ze jest znane z powiesci Orhana Pamuka, czy powinno byc znane za sprawa doskonalego sera i jeszcze lepszego klimatu. Ot, na przyklad wezmy taki Monument Zgody. Nad Karsem wznosi sie potezna rzezba, ukazujaca dwie podajace sobie rece postacie. I sa to - o dziwo - Ormianin i Turek. Obelisk powstal z inicjatywy poprzedniego burmistrza, ktory pragnal otworzyc w poblizu przejscie graniczne z Armenia. I wlasnie z tego powodu nie jest juz burmistrzem. Konflikt z Ormianami wzarty jest gleboko w turecka mentalnosc - panstwo gwiazdy i polksiezyca do dzis nie przyznalo sie do pogromu chrzescijan na poczatku XX wieku. Z kolei Azerbejdzan wciaz pamieta Ormianom wojne z 1994 roku i zajecie Gornego Karabachu. Rzad w Baku utrzymuje, ze 20% jego panstwa jest okupowane przez "terrorystow z Armenii". A ze z terrorystami sie nie rozmawia, to i stosunki miedzynarodowe po prostu tu nie istnieja.

Albo raczej skladaja sie z kilometrow drutu rozciagnietych wzdluz zamknietej na glucho granicy. Pedzilismy tuz przy niej na drugi dzien, szykujac sie na kolejne starcie z pogranicznikami. Czasem tylko od szosy do Nachiczewanu odbijala sciezka niknaca gdzies w zasiekach. "Tam sie da przejsc" - pokazuja takie atrakcje pasazerom kierowcy "marszrutek". Oczywiscie nie wolno, ale przeciez Erewan - wroga stolica - jest doslownie w zasiegu wzroku.

Na granicy przywital nas usmiechem zapoznany uprzednio oficer w zielonym mundurze.

-Zdrawstwujtie! Wiza jest?
-Nie ma. I podobno problemu tez nie bedzie.
-A ja mysle, ze bedzie znowu - zauwazyl przekornie.

Nie wiemy, czy dostrzegl zadze mordu w naszych oczach, skrywana za przeciwslonecznymi szklami. Zrzucilismy bagaz w jakims pustym biurze pogranicznikow i usiedlismy. Trzy godziny pozniej dostalismy paszporty z wbita azerska pieczatka. Wieczorem bylismy w Nachiczewanie.

*Evet, hayir, problem jok!

środa, 19 sierpnia 2009

Wiza tango

Za punkt przelomowy naszej podrozy mozemy uznac chwile, kiedy spotykani ludzie przestali nas pytac, gdzie jest Nachiczewan. Zaczeli pytac, gdzie jest Krakow. Przemiescilismy sie wiec w przestrzeni dosc konkretnie. Na nachiczewanskiej granicy przemiescilismy sie natomiast w czasie. Wprost do Zwiazku Radzieckiego.

Z ostatniego tureckiego miasta przed granica - Igdiru - pozostalo do pokonania do naszej eksklawy obiecanej 80 km. 80 km szerokiej szosy, po ktorej mkna pojedyncze samochody. Z lewej wroga Armenia, z prawej mniej wiecej przyjazny Iran, za plecami Turcja, a przed nami kawalek Azerbejdzanu. Z Igdir wzielismy taksowke - osobowego fiata, zapakowanego siedmioma pasazerami oraz bagazem. Pasazerowie, nie liczac nas, okazali sie twardymi i doswiadczonymi przez zycie Azerami. Chcialbym napisac, ze zlote korony zebow blyskaly w usmiechu, ale prawdziwy Azer nie usmiecha sie prawie nigdy. Zwlaszcza jesli los zmusil go do pracy w Turcji. Turcy zyja bowiem "jak zwierzeta" i ogolnie to sami "oszusci i bandyci", jak dowiadujemy sie w bezblednym rosyjskim, wyszktalconym przez lata Sawietskowo Sajuza. Nie polemizujemy. Trzeba jednak przyznac, ze o naszych wspoltowarzyszach zlego slowa nie mozna powiedziec. Rozmowa o zyciu nawet jakos sie klei, a wynegocjowana przez nich cena za taksi (10 dolarow) nie wydaje sie zlodziejska i wszyscy placimy tyle samo. Pokonujemy jakos kolejne etapy granicznej odprawy. To nie Schengen, tutaj granica to przygoda rozciagnieta w czasie i przestrzeni. Juz 20 km od ziemi niczyjej auto zatrzymuje turecki zandarm i studiuje nasze paszporty. Potem dluga kolejka samochodow do granicy, potem przesiadka do innego auta. Przeladowany fiat moglby nie spodobac sie pogranicznikom, wiec kierowca "pozycza" na chwile pasazerow innym zmotoryzowanym. Trzeba umiec sobie radzic. I znowu kolejna odprawa, potem pieczatka wyjazdowa z Turcji i juz pierwsza azerska kontrola przed granicznym mostem. Jeden z naszych towarzyszy wyjasnia podejrzliwemu WOPiscie, ze jestesmy jego znajomymi i nie ma powodu do niepokoju. I wreszcie, jak pisal znany slaski poeta:

"Juz Nachiczewan widza
(...)
Podnosza sie szlabany
Azerski celnik
Otwiera nieba bramy"*

Ale to wszystko nieprawda. Po pierwsze - zamiast szlabanu, jest cos w rodzaju gustownej bramy ogrodowej w szczerym stepie. Po drugie, celnik nie ma wcale zamiaru wpuscic do raju.

-A czemu wizy nie ma?
-Nie ma, bo wasza ambasada w naszym kraju ma urlop.
-A czemu tu przyjezdzacie?
-Na zaproszenie waszego uniwersytetu, ktory papiery konieczne do uzyskania wizy mial poslac juz wieki temu.**
-A w Armenii byliscie kiedys?

Co tu odpowiadac, skoro ormianska wiza w paszporcie Macka, zdradza go, jak nie przymierzajac papierowy Judasz. I zaczyna sie tlumaczenie:

- W zeszlym roku, bo to taka sprawa, ze byla w wojna w Gruzji i Polska ewakuowala stamtad swoich obytawateli samolotem, ktory startowal z Erewania. Jeden dzien w Armenii, z reka na sercu, nie wiecej. Jeden dzien w hotelu; litosci panie celniku.

Wokol nas gromadzi sie juz znaczna czereda mundurowych oraz jeden niemundurowy w cywilnej koszuli, ktory dziwnym trafem zadaje najwiecej pytan.

- A o ktorej wyleciales z Armenii?
- O 23. (Przypadkiem pamietamy godzine lotu)
- A nie bylo to juz aby po 24?
- Nie.To byla 23.

Egzamin z Armenii zdany na poziomie dopuszczajacym, zaczynamy kolejny blok pytan:

- Jestescie alpinistami? (Aparaty fotograficzne mamy przypiete do plecakow wspinaczowymi karabinkami.)
- Tak, alpinistami rowniez.
- To jak sie nazywa ta gora? (Tutaj celnik macha reka w strone Araratu.)
- Ararat - wychylam sie niefortunnie.
- Kto wam powiedzial, ze tak sie nazywa? To ormianska nazwa i podla propaganda!
- Agri Dag! - probuje ratowac sytuacje turecka nazwa Maciek, ale jest juz za pozno. Okazuje sie, ze blok pytan wcale sie nie zmienil.

- Kto was zaprosil?
- Wasz uniwersytet.
- Z kim rozmawialiscie? Macie telefon?
- Ano mamy.

Po dluzszej konferencji celnik stwierdza co nastepuje:
1. Istotnie, uniwersytet wie o naszym istnieniu.
2. Nie ma mowy, zebysmy dostali wize na granicy.
3. Wize mozemy dostac w tureckim Karsie, 220 km stad.
4. Naprawde NIC dla nas nie moze zrobic.

Jako ze jest juz czwartek, wiec weekend blisko, blyskawicznie lapiemy stopa do Igdir, a stamtad klimatyzowany po azjatycku autobus do Karsu. Azjatycka klimatyzacja polega na tym, ze kierowca od czasu do czasu otwiera drzwi w trakcie jazdy. Robi sie lepiej. W Karsie po dlugich bojach odnajduje azerski konsulat, a w konsulacie:

- Wiza? Jaka wiza? My nic o was nie wiemy, dzisiaj ktos dzwonil w waszej sprawie, ale nam jest potrzebne zaproszenie z ministerstwa spraw zagranicznych. Wizy nie bedzie.
- No to spasiba.

Kliniczne badania dowiodly, ze jedno takie spasiba stanowi rownowaznik pieciu standardowych polskich bluzgow, z czego trzy odnosza sie do matki i najblizszej rodziny rozmowcy. Tymczasem pozegnamy sie z Wami na chwile. Zostawiacie nas idacych przez nocny Kars, z namiotem w reku i spokojem w sercu. Bo w koncu gdzies na pewno pojedziemy. Wschodowanie!

* Kto zgadnie, jaki to poeta, wygrywa piwo. Dla muzulmanow przewidziany jest sok. Liczy sie kolejnosc nadsylania komentarzy.
**Na wypadek, gdybyscie sie zastanawiali - to prawda.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

O makaronie, co podrozowal Audi 80

Nie trzeba byc czlowiekiem, aby podrozowac. Wiemy to juz (lub powinnismy wiedziec) z lektur szkoly podstawowej. Nie wszyscy wiedza jednak, ze rowniez martwa natura moze podrozowac.. z mala pomoca czlowieka. Oto lista naszych nieozywionych towarzyszy obecnej podrozy, wraz z krotkim podrozniczym CV:
  • makaron Pagani
    Zdecydowanie najlepiej czuje sie w chlodnym klimacie, w warunkach gorskich. Przemierzal norweski Jottunheimen, byl pod najwyzszym szczytem Szwecji - Kabnekaise. Jak twierdzi, nie gardzi polskimi gorami - odwiedzial Beskidy oraz Tatry. W wolnym czasie spelnial niezwykle wazna funkcje jako podporka do kabla od myszki w komputerze Tomka (bez makaronu kabel skrzypial). Jego brata blizniaka spotkal przykry los - zostal zjedzony w Tatrach Slowackich.

  • zurek "Winiary"
    Znawca wschodniej Europy, jego glownym celem podrozy byly gory Ukrainy - Gorgany oraz Swidowiec. Wlasnie szykuje sie do ostatniej, najwazniejszej podrozy - jak twierdzi, przygotowania zajma mu 8 minut.

  • mala flaga Azerbejdzanu
    Niestety, wiekszosc jej historii owiana jest tajemnica. Wszystkie jej wspomnienia to maly opuszczony pokoj na przejsciu granicznym gdzies pomiedzy Iranem, Turcja, Armenia a Azerbejdzanem. Wyrwana z tej monotonii przez dwoch turystow z pojemnymi plecakami, ktorym kazano czekac bezczynnie we wspomnianym pokoju przez 3,5 godziny.

  • ser plesniowy w puszkach aluminiowych oznaczonych czerwonym markerem
    "Na Morzu Polnocnym czuje sie jak w domu" - pykajac fajke, rozpoczyna swoja opowiesc. Plywajac na statku ratowniczym przezyl niejeden sztorm, widzial niejeden ocean. Konczacy sie termin waznosci zawiodl go do naszych plecakow, a w niedalekiej przyszlosci - do naszych zoladkow.

  • zolty kubek
    Byl wszedzie. Widzial wszystko. Pil z niego Czyngis Chan, Ataturk uzywal jako pojemnika na olowki, ktorymi skreslal z mapy kolejnych przeciwnikow, wojne przetrwal w podrecznej torbie generala Bora-Komorowskiego. Historycy przypuszczaja, ze byl przyczyna konfliktu w Gornym Karabachu.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Muslim

Korzystajac z faktu, ze to blog, a nie czarna skrzynka, przeniesmy sie jednym skokiem jakies 150 kilometrow za Stambul. Tam bowiem zatrzymalo sie dla nas na szosie czerwone, terenowe Isuzu. Gdyby prowadzic klasyfikacje kierowcow "okazji", to gdzies na dole tabeli bylyby auta, ktore tylko zwalniaja przy autostopowiczu. Nasz nowy znajomy znalazl sie na samej gorze - cofal dla nas na drodze szybkiego ruchu. Z usmiechem pod srebrnym wasem zaprosil nas do srodka i wysadzil nad morzem. W Trabzonie. Jakies 800 kilometrow dalej.

800 kilometrow, to dosc sporo czasu. (W przypadku autostopu czas i odleglosc zlewaja sie w jedno.) Zdazylismy wiec po drodze nauczyc sie podstaw tureckiego, porzadnie sie wyspac i wypic herbate z imamem w przydroznym zajezdzie, gdzie zatrzymalismy sie na odpoczynek. Imam, muzulmanskim zwyczajem, byl trudny do rozpoznania na pierwszy rzut oka. Ot, facet z wasem w kurtce, ktory przysiadl sie do stolu. Obok niego siedzial wioskowy nauczyciel wladajacy angielskim i to wlasnie od niego dowiedzielismy sie, ze mamy do czynienia z duchownym. A ze w Turcji kwestie islamu zaczely nas nieco nurtowac, warto wykorzystac takie towarzystwo. No bo jak to w koncu jest? Wolno muzulmaninowi malowac czlowieka czy nie? A jesli nie wolno (w meczetach przeciez obrazow ludzi sie nie uswiadczy) to co Koran mowi o fotografii? Zwlaszcza, ze imam dal sobie zrobic zdjecie razem z reszta stolowej kompanii. Duchowny zarzucony sterta pytan odparl co nastepuje: kiedys nie wolno bylo, a teraz juz owszem. Ale z miejsca sprowadzil kwestie do obrazow religijnych. Kiedys ludzie byli nieoswieceni - tlumaczyl za posrednictwem nauczyciela - i mogli modlic sie do obrazu zamiast do Allacha. I stad caly zakaz, ktory juz nie obowiazuje. Wyglada na to, ze wszystkie religie przechodza przez podobne problemy. Blisko przeciez temu koranicznemu zakazowi do biblijnej historii o zlotym cielcu, czy poczynan ruchu Obrazoburcow w chrzescijanstwie. A co do innych zakazow islamu - badamy je dalej wytrwale. Wezmy chociazby kwestie alkoholu:

- Piwo u was w sklepach jest? - pytamy muzulmanina spotkanego setki kilometrow dalej.
- Jest.
- A przeciez wy nie mozecie pic, a turystow tutaj niewiele. To kto pije?
- Muzulmanie. My wszyscy jestesmy muzulmanami, ale to nie znaczy ze kazdy trzyma sie zasad.

Bo "muslim" na Bliskim Wschodzie to nie tylko ktos, kto modli sie piec razy dziennie. Bycie "muslim" to jak dowod osobisty. Islam jest nierozlaczny z tozsamoscia narodowa. "Zwiazek Radziecki chcial wykorzenic nasza kulture - zrobic z nas chrzescijan" - uslyszymy od naszego rowiesnika w Azerbejdzanie. Logika i absurd w jednym zdaniu. Ale ze piszemy tutaj o wschodnim chaosie, cytat nadaje sie doskonale.

Jesli jednak przyjac, ze w sklad bycia "muslim" wchodzi tez stosunek do gosci, to doswiadczylismy islamu z najblizszej strony. Pora bowiem podniesc sie od stolika, przy ktorym siedzielismy z imamem i ruszyc dalej do Trabzonu. Do miasta dotarlismy jakos o drugiej w nocy. W samochodzie czlowieka poznanego pare godzin wstecz. Obudzilismy sie w srodku miasta, na parkingu pod blokiem. Obok kierowcy wyrosl jego syn - Mert - i... salaam alejkum! "Pokoj z nami" i zapraszamy na salony. Troche glupio bylo usiasc brudnym od podrozy tylkiem na kanapie w mieszkaniu gospodarzy. Ale tak wlasnie wyglada tamtejsza goscinnosc. To nic, ze jest druga w nocy - zona naszego nowego znajomego przyniosla "czaj" i budyn w czekoladzie, siedlismy razem i za posrednictwem anglojezycznego Merta zaczelismy opowiadac o podrozy z Polski i wrazeniach z Turcji. Na ten rodzaj uczynnosci nie ma slow.

Odpowiednie slowa nie przyszly nam tez do glowy na drugi dzien, kiedy z jedlismy z Mertem i jego przyjacielem sniadanie w knajpie, polozonej w trabzonskim ogrodzie. Rozsmarowywalismy wiec swieze maslo na chrupiacym chlebie i rozmawialismy o pilce noznej (warto pamietac, ze Miroslaw Szymkowiak gral w Trabzonie). Nasz ogrod otaczal dawna swiatynie, o znajomych chrzescijanskiemu oku ksztaltach. W ruinach ormianskiego kosciola zachowaly sie jeszcze malowidla swietych, a Mert pokazujac na okoliczna dziure w ziemi przejechal reka po gardle. O, tutaj sie nawzajem podrzynano. Turcy Ormian, Ormianie Turkow. Na zmiane i bez przerwy. Dzis Trabzon jest turecki, ale w granicach obecnego panstwa znalazl sie dopiero w dwudziestych latach. Trzy razy odwiedzil go sam Ataturk - turecka swietosc narodowa, Ojciec Narodu, ktorego portet wisi w kazdym sklepie i urzedzie. Dom, ktory raczyl zaszczycic obecnoscia, a nawet planowac w nim zdlawienie kurdyjskiej rebelii, rzecz jasna przeksztalcono na muzeum. Zaczelismy juz z Mackiem lekko parskac na widok oryginalnych bezpiecznikow z epoki Ataturka, a Mert i jego kolega nie utrzymali powagi przy sedesie, na ktorym zwykl siadywac Prezydent. Ich domysly na temat harcow, jakie Ataturk wyprawial w pobliskiej wannie wprawily nas w lepszy humor do konca wizyty.

Pozegnalismy sie z przyjaciomi tradycyjnym strzalem z kalasznikowa w glowe. Jezeli uwazacie to za wyjatkowo niepoprawny politycznie zart, to dalej bedzie tylko gorzej. Zawedrowalismy bowiem wszyscy do kafejki internetowej, gdzie dzieciarnia grala w Counter Strike'a. No a skoro reprezentujemy Polske, to czemu nie szybki, miedzynarodowy mecz? Tak wiec: Polscy terrorysci vs tureckie sluzby specjalne 13:15. Jakos tak, jest, ze cokolwiek pisac o Turcji, zawsze skonczy sie na perspektywie lufy.

Ale zeby przelamac ta passe, to zakonczymy opowiesc tureckim "I love you". Tyle przekazala nam matka Merta, kiedy ruszalismy w dalsza droge. I wreczyla paczke jogurtowych ciasteczek. I jeszcze troche o goscinnosci, na ktora nie ma slow: dowiedziawszy sie, ze "szalency z Polski" wybieraja sie do Nachiczewanu, rodzina blyskawicznie zalatwila nam bilety na autobus do przygranicznego miasta. Nie wiemy jak, nie wiemy kiedy, ale dzieki nim zmrok zastal nas w drodze do Igdir. Tessekur ederim!

piątek, 14 sierpnia 2009

KonstantyStambul

Stambul wita nas. Zwykle takie ladne sformulowania sa tylko stylistycznym trickiem, ktory ma blyszczec w tekscie i bawic czytelnika. Ale nas Stambul naprawde przywital. Wystarczylo wyjsc na plyte dworca autobusowego i juz zjawilo sie dwoch nowych przyjaciol - Kurd i Turek. Byc moze wyobrazacie juz sobie dwoch Azjatow zerujacych na naiwnych turystach. Ale byc moze nikt Wam nigdy nie kupil kebaba i kefiru tylko dlatego, ze przyjechaliscie z obcego kraju i macie plecaki.

W trakcie posilku pierwszy raz mielismy okazje porozmawiac po turecku. Nie "w jezyku", ale wlasnie po turecku. Rozmowa sklada sie z dowolnych slow wypowiadanych z odpowiednia intonacja - pytajaca, jezeli mamy jakies watpliwosci, lub twierdzaca, gdy rozmawiamy po prostu z uprzejmosci. Jezeli chcemy gdzies dojechac warto wtracic w zdanie nazwe geograficzna i machac rekoma. Wiekszosc Turkow uwaza, ze kilkakrotnie powtorzone zdanie w ich wlasnej mowie tlumaczy sie samo, wiec bezkompleksowo mozna odpowiadac im po polsku. Co ciekawe, zwykle w koncu udaje sie jakos porozumiec. Ludzi mowiacych po niemiecku, angielsku, czy rosyjsku mozna oczywiscie spotkac, ale nie ma zadnej reguly co do ich szukania. Z naszej praktyki wynika, ze zakutana w chuste wiekowa Turczynka spotkana na ulicy moze mowic jak rodowita Niemka, a w kilku bankach pod rzad nie uda sie spotkac nikogo uzdolnionego jezykowo. Podobno slowo jest silniejsze od miecza, ale turecka historia tego nie potwierdza.

Wyraznie zaprzeczal temu chlopak spostrzezony pod Haga Sofia. Na czarnym T-shircie Turka pysznila sie zlota data 1453 i napis "Sultan Mehmed". Mowa oczywiscie o tureckim bohaterze narodowym, ktory zdobyl Konstantynopol dla muzulmanskiego swiata i rozprawil sie z bizantyjskim imperium. To co dla chrzescijanskiej Europy jest katastrofa, tutaj traktowane jest jak wielkie swieto. Widoki z obu stron barykady widoczne sa wciaz w Haga Sofii. Kosciol przerobiony na meczet szczyci sie mozaika Maryi z Dzieciatkiem i poteznymi malowidlami na chwale Allacha. Dzieki temu obie kultury moga sie w "swojej" swiatyni poczuc odrobine nieswojo. Dzieki Ojcu Narodu - Ataturkowi - od lat trzydziestych XX wieku Haga Sofia jest wylacznie muzeum i prace konserwacyjne przy odkrytych ponownie dla swiata chrzescijanskich obrazach mogly toczyc sie tam bez przeszkod. Ale jadac na wschod kraju europejski podrozny moze zaobserwowac wiele meczetow o dziwnie koscielnych ksztaltach.

O ile jednak kamienne cielsko Stambulu wyglada czesto dosc europejsko, to powiew Wschodu widoczny jest tu glownie dzieki ludziom. Miasto tetni zyciem, ktore w wiekszosci toczy sie na ulicy. Na ulicy pije sie herbate, przesiaduje ze znajomymi, bawi i handluje. Handel to zreszta osobne misterium. Doswiadczylismy go na mocno europejskim juz Grand Bazaar kupujac wyposazenie kazdego porzadnego Turka, czyli nargile. Sprzedawca widzac nasze zainteresowanie fajka pokazal nam troche kupieckiego kunsztu. Pytanie "ile" jest tu tylko zagajeniem rozmowy. Dobry handlarz nie powinien na nie od razu odpowiadac. - Ile, ile. Ale czy wy naprawde chcecie ze mna handlowac? - zagail Turek i wciagnal nas w wir rozmowy, gdzie cenowa licytacja w ciezkoakcentowym angielskim przeplatala sie z odwolaniami do przyjazni i ogolnymi refleksjami o swiecie. Zbilismy polowe ceny i gotowi do dymienia poszlismy przed siebie z nowym nabytkiem.

Stambul wital nas wylewnie, a zegnal bardzo dlugo. Wyjezdzajac na nastepny dzien po przybyciu, sunelismy autobusem bez konca przez coraz to nowe dzielnice. 20-milonowa aglomeracja nie jest rajem dla autostopowiczow i trudno sie obejsc bez przejazdu busikiem, ktory za kilka lir wywiezie turyste wglab Azji.