Jezyk polski uslyszelismy na kretej drodze prowadzacej do Slonecznego Brzegu. Dochodzil z rozbitej Skody Octavii spoczywajacej na poboczu szosy. Rodacy - piecioosobowa rodzina - zdolali sie z niej na szczescie wydobyc. Co wiecej - na pierwszy rzut oka nic im nie dolegalo poza ogolnym roztrzesieniem. Obok Skody spoczywal wiekowy Peugeot na bulgarskich numerach, sprawca czolowego zderzenia. Wlasciwie, to sam sprawca stal obok palac papierosa. W calym tym rozgardiaszu poczekalismy z krajanami godzine na pogotowie i bulgarska policje, ktora niezwlocznie po przybyciu zaczela siac jeszcze wiekszy chaos na miejscu zdarzenia. Kiedy karetka zabrala juz kogo trzeba do szpitala, a na drodze pojawil sie starszy Bulgar ze srebrnym wlosem i zlotym krzyzem na piersi, ktory z niewiadomych przyczyn szukal polskiego kierowcy, uznalismy, ze nic tu po nas. I tak pomknelismy z kierowca naszej "okazji" w strone Burgas.
Dalsze nasze podrozne dzieje mozna zamknac wlasciwie wylacznie w opisach rozmaitego "stopowania". Poznajcie wiec Clementine - babcie Moniki i kierowce prawie-dostawczego Fiata. Monika wlasnie skonczyla rok i spi na tylnym siedzeniu, a obudzic jej nie jest w stanie nawet zapach niemytych turystow, rozprawiajacych z babuszkoj w dziwnym, no oczen krasiwym jezyku. Z Clementine mkniemy juz pod turecka granice, ale wczesniej dowiadujemy sie, ze nie lubi jesc obiadu sama. A ze jej meza nie ma juz wsrod nas, to wlasnie my zapewnimy gwar przy domowym stole. Z przyjemnoscia. Popijamy rybe sokiem z arbuza i w pocie czola uczymy Monike chodzic. A za pare godzin siedzimy juz na poboczu drogi po tureckiej stronie granicy.
"Siedzimy" to dosc statyczne slowo i doskonale oddaje nasze polozenie. Do naszych obowiazkow nalezy uprzejme odmawianie zadnemu pieniedzy taksiarzowi, machanie przejezdzajacym raz na kwadrans pojedynczym samochodom i jedzenie pomaranczy. To troche malo, wiec w miedzyczasie ukladamy na poboczu cudnej urody mozaike z kamieni, ktora mowi przejezdzajacym:
"PANIE, WEZ NAS PAN DO STAMBULU"
A przynajmniej cos w tym guscie. Mozaike w koncu doceniaja zolnierze pogranicza, ktorzy pojawiaja sie - jak to zolnierze - znikad. Zaczynaja tez interesowac sie nami. Stoja nad nami w trojke, bebnia palcami po magazynkach i usiluja nawiazac rozmowe. Rzecz jasna po turecku i zadne "gawaritie pa russkij" ani "sprechen Sie Deutsch" tu nie pomoze. W przerwach miedzy zagajeniami wywoluja kogos po turecku przez krotkofalowke i co gorsza brzmi to wyjatkowo zabawnie w naszych slowianskich uszach. A jak tu sie smiac w mundurowym okrazeniu? W koncu impas zostaje przelamany. Na przejscie zajezdza terenowy woz w wojskowych barwach i wysiada z niego Oficer Jezykowy, ktory po angielsku wyjasnia nam, ze stopa tu trudno zlapac. Po czym... lapie nam stopa. Macha na pierwszy lepszy samochod i nakazuje kierowcy zawiezc nas do miasta. Krotko i po wojskowemu. Tessekur ederim, Panie Oficerze. (Po paru dniach w Turcji zonglujemy juz powoli podstawowymi zwrotami, wiec czemu nie zrobic z tego uzytku teraz?).
Na wieczor ladujemy w Babaeski. W miasteczku trwa wlasnie lokalny festyn. Bawia sie kobiety w chustach i brodaci mezczyzni. Bawia sie takze zwolenicy wylacznie wasow, oraz niewiasty z odkryta glowa. Impreza przycicha tylko na chwile, kiedy w powietrzu rozlega sie wieczorne nawolywanie muezinow. Wibrujace zaspiewy z roznych meczetow nakladaja sie na siebie, tworzac osobliwa, pomieszana melodie. Kiedy jednak wezwanie do modlitwy dobiega konca zabawa rusza od nowa. Nie bawimy sie chyba tylko my, bo zmorzeni dniem wychodzimy z miasta w pole. Tureckie, swidrujace melodie koncertu dochodza nas jeszcze, kiedy ukladamy sie do snu w bruzdzie. A nad ranem eksploduje nam nad glowa mocny dyskotekowy beat z zaparkowanego w poblizu samochodu.
Pogralo, pojechalo, a my w koncu w koncu podnosimy sie z tureckiej ziemi. Za pare godzin mamy zapukac do Azji bram. Z tej okazji pozwalamy sobie nawet na autobus do Stambulu.
"Siedzimy" to dosc statyczne slowo i doskonale oddaje nasze polozenie. Do naszych obowiazkow nalezy uprzejme odmawianie zadnemu pieniedzy taksiarzowi, machanie przejezdzajacym raz na kwadrans pojedynczym samochodom i jedzenie pomaranczy. To troche malo, wiec w miedzyczasie ukladamy na poboczu cudnej urody mozaike z kamieni, ktora mowi przejezdzajacym:
"PANIE, WEZ NAS PAN DO STAMBULU"
A przynajmniej cos w tym guscie. Mozaike w koncu doceniaja zolnierze pogranicza, ktorzy pojawiaja sie - jak to zolnierze - znikad. Zaczynaja tez interesowac sie nami. Stoja nad nami w trojke, bebnia palcami po magazynkach i usiluja nawiazac rozmowe. Rzecz jasna po turecku i zadne "gawaritie pa russkij" ani "sprechen Sie Deutsch" tu nie pomoze. W przerwach miedzy zagajeniami wywoluja kogos po turecku przez krotkofalowke i co gorsza brzmi to wyjatkowo zabawnie w naszych slowianskich uszach. A jak tu sie smiac w mundurowym okrazeniu? W koncu impas zostaje przelamany. Na przejscie zajezdza terenowy woz w wojskowych barwach i wysiada z niego Oficer Jezykowy, ktory po angielsku wyjasnia nam, ze stopa tu trudno zlapac. Po czym... lapie nam stopa. Macha na pierwszy lepszy samochod i nakazuje kierowcy zawiezc nas do miasta. Krotko i po wojskowemu. Tessekur ederim, Panie Oficerze. (Po paru dniach w Turcji zonglujemy juz powoli podstawowymi zwrotami, wiec czemu nie zrobic z tego uzytku teraz?).
Na wieczor ladujemy w Babaeski. W miasteczku trwa wlasnie lokalny festyn. Bawia sie kobiety w chustach i brodaci mezczyzni. Bawia sie takze zwolenicy wylacznie wasow, oraz niewiasty z odkryta glowa. Impreza przycicha tylko na chwile, kiedy w powietrzu rozlega sie wieczorne nawolywanie muezinow. Wibrujace zaspiewy z roznych meczetow nakladaja sie na siebie, tworzac osobliwa, pomieszana melodie. Kiedy jednak wezwanie do modlitwy dobiega konca zabawa rusza od nowa. Nie bawimy sie chyba tylko my, bo zmorzeni dniem wychodzimy z miasta w pole. Tureckie, swidrujace melodie koncertu dochodza nas jeszcze, kiedy ukladamy sie do snu w bruzdzie. A nad ranem eksploduje nam nad glowa mocny dyskotekowy beat z zaparkowanego w poblizu samochodu.
Pogralo, pojechalo, a my w koncu w koncu podnosimy sie z tureckiej ziemi. Za pare godzin mamy zapukac do Azji bram. Z tej okazji pozwalamy sobie nawet na autobus do Stambulu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz