Z ostatniego tureckiego miasta przed granica - Igdiru - pozostalo do pokonania do naszej eksklawy obiecanej 80 km. 80 km szerokiej szosy, po ktorej mkna pojedyncze samochody. Z lewej wroga Armenia, z prawej mniej wiecej przyjazny Iran, za plecami Turcja, a przed nami kawalek Azerbejdzanu. Z Igdir wzielismy taksowke - osobowego fiata, zapakowanego siedmioma pasazerami oraz bagazem. Pasazerowie, nie liczac nas, okazali sie twardymi i doswiadczonymi przez zycie Azerami. Chcialbym napisac, ze zlote korony zebow blyskaly w usmiechu, ale prawdziwy Azer nie usmiecha sie prawie nigdy. Zwlaszcza jesli los zmusil go do pracy w Turcji. Turcy zyja bowiem "jak zwierzeta" i ogolnie to sami "oszusci i bandyci", jak dowiadujemy sie w bezblednym rosyjskim, wyszktalconym przez lata Sawietskowo Sajuza. Nie polemizujemy. Trzeba jednak przyznac, ze o naszych wspoltowarzyszach zlego slowa nie mozna powiedziec. Rozmowa o zyciu nawet jakos sie klei, a wynegocjowana przez nich cena za taksi (10 dolarow) nie wydaje sie zlodziejska i wszyscy placimy tyle samo. Pokonujemy jakos kolejne etapy granicznej odprawy. To nie Schengen, tutaj granica to przygoda rozciagnieta w czasie i przestrzeni. Juz 20 km od ziemi niczyjej auto zatrzymuje turecki zandarm i studiuje nasze paszporty. Potem dluga kolejka samochodow do granicy, potem przesiadka do innego auta. Przeladowany fiat moglby nie spodobac sie pogranicznikom, wiec kierowca "pozycza" na chwile pasazerow innym zmotoryzowanym. Trzeba umiec sobie radzic. I znowu kolejna odprawa, potem pieczatka wyjazdowa z Turcji i juz pierwsza azerska kontrola przed granicznym mostem. Jeden z naszych towarzyszy wyjasnia podejrzliwemu WOPiscie, ze jestesmy jego znajomymi i nie ma powodu do niepokoju. I wreszcie, jak pisal znany slaski poeta:
"Juz Nachiczewan widza
(...)
Podnosza sie szlabany
Azerski celnik
Otwiera nieba bramy"*
Ale to wszystko nieprawda. Po pierwsze - zamiast szlabanu, jest cos w rodzaju gustownej bramy ogrodowej w szczerym stepie. Po drugie, celnik nie ma wcale zamiaru wpuscic do raju.
-A czemu wizy nie ma?
-Nie ma, bo wasza ambasada w naszym kraju ma urlop.
-A czemu tu przyjezdzacie?
-Na zaproszenie waszego uniwersytetu, ktory papiery konieczne do uzyskania wizy mial poslac juz wieki temu.**
-A w Armenii byliscie kiedys?
Co tu odpowiadac, skoro ormianska wiza w paszporcie Macka, zdradza go, jak nie przymierzajac papierowy Judasz. I zaczyna sie tlumaczenie:
- W zeszlym roku, bo to taka sprawa, ze byla w wojna w Gruzji i Polska ewakuowala stamtad swoich obytawateli samolotem, ktory startowal z Erewania. Jeden dzien w Armenii, z reka na sercu, nie wiecej. Jeden dzien w hotelu; litosci panie celniku.
Wokol nas gromadzi sie juz znaczna czereda mundurowych oraz jeden niemundurowy w cywilnej koszuli, ktory dziwnym trafem zadaje najwiecej pytan.
- A o ktorej wyleciales z Armenii?
- O 23. (Przypadkiem pamietamy godzine lotu)
- A nie bylo to juz aby po 24?
- Nie.To byla 23.
Egzamin z Armenii zdany na poziomie dopuszczajacym, zaczynamy kolejny blok pytan:
- Jestescie alpinistami? (Aparaty fotograficzne mamy przypiete do plecakow wspinaczowymi karabinkami.)
- Tak, alpinistami rowniez.
- To jak sie nazywa ta gora? (Tutaj celnik macha reka w strone Araratu.)
- Ararat - wychylam sie niefortunnie.
- Kto wam powiedzial, ze tak sie nazywa? To ormianska nazwa i podla propaganda!
- Agri Dag! - probuje ratowac sytuacje turecka nazwa Maciek, ale jest juz za pozno. Okazuje sie, ze blok pytan wcale sie nie zmienil.
- Kto was zaprosil?
- Wasz uniwersytet.
- Z kim rozmawialiscie? Macie telefon?
- Ano mamy.
Po dluzszej konferencji celnik stwierdza co nastepuje:
1. Istotnie, uniwersytet wie o naszym istnieniu.
2. Nie ma mowy, zebysmy dostali wize na granicy.
3. Wize mozemy dostac w tureckim Karsie, 220 km stad.
4. Naprawde NIC dla nas nie moze zrobic.
Jako ze jest juz czwartek, wiec weekend blisko, blyskawicznie lapiemy stopa do Igdir, a stamtad klimatyzowany po azjatycku autobus do Karsu. Azjatycka klimatyzacja polega na tym, ze kierowca od czasu do czasu otwiera drzwi w trakcie jazdy. Robi sie lepiej. W Karsie po dlugich bojach odnajduje azerski konsulat, a w konsulacie:
- Wiza? Jaka wiza? My nic o was nie wiemy, dzisiaj ktos dzwonil w waszej sprawie, ale nam jest potrzebne zaproszenie z ministerstwa spraw zagranicznych. Wizy nie bedzie.
- No to spasiba.
Kliniczne badania dowiodly, ze jedno takie spasiba stanowi rownowaznik pieciu standardowych polskich bluzgow, z czego trzy odnosza sie do matki i najblizszej rodziny rozmowcy. Tymczasem pozegnamy sie z Wami na chwile. Zostawiacie nas idacych przez nocny Kars, z namiotem w reku i spokojem w sercu. Bo w koncu gdzies na pewno pojedziemy. Wschodowanie!
* Kto zgadnie, jaki to poeta, wygrywa piwo. Dla muzulmanow przewidziany jest sok. Liczy sie kolejnosc nadsylania komentarzy.
**Na wypadek, gdybyscie sie zastanawiali - to prawda.
Kurde, już się cieszyłam na piwo, a google nic nie mówi. Straciłam wiarę w google. Albo raczej twierdzę, że ten wiersz nie istnieje, tylko go sobie wymyśliliście. Czyli w sumie już istnieje. Aha. No albo to jakieś niezwykle nieudolne tłumaczenie. Piwo se kupię sama. Ha!
OdpowiedzUsuńI dziękuję za dwie gwiazdki;)
Ech Katarzyno. Gogle klamıe ı jest na uslugach ormianskiej propagandy. A autor cytatu dostal paszport Polityki wıec po pierwsze pasuje do paszportowej tematyki, a po drugie to niebylekto.
OdpowiedzUsuń