niedziela, 16 sierpnia 2009

Muslim

Korzystajac z faktu, ze to blog, a nie czarna skrzynka, przeniesmy sie jednym skokiem jakies 150 kilometrow za Stambul. Tam bowiem zatrzymalo sie dla nas na szosie czerwone, terenowe Isuzu. Gdyby prowadzic klasyfikacje kierowcow "okazji", to gdzies na dole tabeli bylyby auta, ktore tylko zwalniaja przy autostopowiczu. Nasz nowy znajomy znalazl sie na samej gorze - cofal dla nas na drodze szybkiego ruchu. Z usmiechem pod srebrnym wasem zaprosil nas do srodka i wysadzil nad morzem. W Trabzonie. Jakies 800 kilometrow dalej.

800 kilometrow, to dosc sporo czasu. (W przypadku autostopu czas i odleglosc zlewaja sie w jedno.) Zdazylismy wiec po drodze nauczyc sie podstaw tureckiego, porzadnie sie wyspac i wypic herbate z imamem w przydroznym zajezdzie, gdzie zatrzymalismy sie na odpoczynek. Imam, muzulmanskim zwyczajem, byl trudny do rozpoznania na pierwszy rzut oka. Ot, facet z wasem w kurtce, ktory przysiadl sie do stolu. Obok niego siedzial wioskowy nauczyciel wladajacy angielskim i to wlasnie od niego dowiedzielismy sie, ze mamy do czynienia z duchownym. A ze w Turcji kwestie islamu zaczely nas nieco nurtowac, warto wykorzystac takie towarzystwo. No bo jak to w koncu jest? Wolno muzulmaninowi malowac czlowieka czy nie? A jesli nie wolno (w meczetach przeciez obrazow ludzi sie nie uswiadczy) to co Koran mowi o fotografii? Zwlaszcza, ze imam dal sobie zrobic zdjecie razem z reszta stolowej kompanii. Duchowny zarzucony sterta pytan odparl co nastepuje: kiedys nie wolno bylo, a teraz juz owszem. Ale z miejsca sprowadzil kwestie do obrazow religijnych. Kiedys ludzie byli nieoswieceni - tlumaczyl za posrednictwem nauczyciela - i mogli modlic sie do obrazu zamiast do Allacha. I stad caly zakaz, ktory juz nie obowiazuje. Wyglada na to, ze wszystkie religie przechodza przez podobne problemy. Blisko przeciez temu koranicznemu zakazowi do biblijnej historii o zlotym cielcu, czy poczynan ruchu Obrazoburcow w chrzescijanstwie. A co do innych zakazow islamu - badamy je dalej wytrwale. Wezmy chociazby kwestie alkoholu:

- Piwo u was w sklepach jest? - pytamy muzulmanina spotkanego setki kilometrow dalej.
- Jest.
- A przeciez wy nie mozecie pic, a turystow tutaj niewiele. To kto pije?
- Muzulmanie. My wszyscy jestesmy muzulmanami, ale to nie znaczy ze kazdy trzyma sie zasad.

Bo "muslim" na Bliskim Wschodzie to nie tylko ktos, kto modli sie piec razy dziennie. Bycie "muslim" to jak dowod osobisty. Islam jest nierozlaczny z tozsamoscia narodowa. "Zwiazek Radziecki chcial wykorzenic nasza kulture - zrobic z nas chrzescijan" - uslyszymy od naszego rowiesnika w Azerbejdzanie. Logika i absurd w jednym zdaniu. Ale ze piszemy tutaj o wschodnim chaosie, cytat nadaje sie doskonale.

Jesli jednak przyjac, ze w sklad bycia "muslim" wchodzi tez stosunek do gosci, to doswiadczylismy islamu z najblizszej strony. Pora bowiem podniesc sie od stolika, przy ktorym siedzielismy z imamem i ruszyc dalej do Trabzonu. Do miasta dotarlismy jakos o drugiej w nocy. W samochodzie czlowieka poznanego pare godzin wstecz. Obudzilismy sie w srodku miasta, na parkingu pod blokiem. Obok kierowcy wyrosl jego syn - Mert - i... salaam alejkum! "Pokoj z nami" i zapraszamy na salony. Troche glupio bylo usiasc brudnym od podrozy tylkiem na kanapie w mieszkaniu gospodarzy. Ale tak wlasnie wyglada tamtejsza goscinnosc. To nic, ze jest druga w nocy - zona naszego nowego znajomego przyniosla "czaj" i budyn w czekoladzie, siedlismy razem i za posrednictwem anglojezycznego Merta zaczelismy opowiadac o podrozy z Polski i wrazeniach z Turcji. Na ten rodzaj uczynnosci nie ma slow.

Odpowiednie slowa nie przyszly nam tez do glowy na drugi dzien, kiedy z jedlismy z Mertem i jego przyjacielem sniadanie w knajpie, polozonej w trabzonskim ogrodzie. Rozsmarowywalismy wiec swieze maslo na chrupiacym chlebie i rozmawialismy o pilce noznej (warto pamietac, ze Miroslaw Szymkowiak gral w Trabzonie). Nasz ogrod otaczal dawna swiatynie, o znajomych chrzescijanskiemu oku ksztaltach. W ruinach ormianskiego kosciola zachowaly sie jeszcze malowidla swietych, a Mert pokazujac na okoliczna dziure w ziemi przejechal reka po gardle. O, tutaj sie nawzajem podrzynano. Turcy Ormian, Ormianie Turkow. Na zmiane i bez przerwy. Dzis Trabzon jest turecki, ale w granicach obecnego panstwa znalazl sie dopiero w dwudziestych latach. Trzy razy odwiedzil go sam Ataturk - turecka swietosc narodowa, Ojciec Narodu, ktorego portet wisi w kazdym sklepie i urzedzie. Dom, ktory raczyl zaszczycic obecnoscia, a nawet planowac w nim zdlawienie kurdyjskiej rebelii, rzecz jasna przeksztalcono na muzeum. Zaczelismy juz z Mackiem lekko parskac na widok oryginalnych bezpiecznikow z epoki Ataturka, a Mert i jego kolega nie utrzymali powagi przy sedesie, na ktorym zwykl siadywac Prezydent. Ich domysly na temat harcow, jakie Ataturk wyprawial w pobliskiej wannie wprawily nas w lepszy humor do konca wizyty.

Pozegnalismy sie z przyjaciomi tradycyjnym strzalem z kalasznikowa w glowe. Jezeli uwazacie to za wyjatkowo niepoprawny politycznie zart, to dalej bedzie tylko gorzej. Zawedrowalismy bowiem wszyscy do kafejki internetowej, gdzie dzieciarnia grala w Counter Strike'a. No a skoro reprezentujemy Polske, to czemu nie szybki, miedzynarodowy mecz? Tak wiec: Polscy terrorysci vs tureckie sluzby specjalne 13:15. Jakos tak, jest, ze cokolwiek pisac o Turcji, zawsze skonczy sie na perspektywie lufy.

Ale zeby przelamac ta passe, to zakonczymy opowiesc tureckim "I love you". Tyle przekazala nam matka Merta, kiedy ruszalismy w dalsza droge. I wreczyla paczke jogurtowych ciasteczek. I jeszcze troche o goscinnosci, na ktora nie ma slow: dowiedziawszy sie, ze "szalency z Polski" wybieraja sie do Nachiczewanu, rodzina blyskawicznie zalatwila nam bilety na autobus do przygranicznego miasta. Nie wiemy jak, nie wiemy kiedy, ale dzieki nim zmrok zastal nas w drodze do Igdir. Tessekur ederim!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz