W calym naszym zyciu nieraz bylismy czestowani piwem. Mimo to, hiszpanski kierowca TIRa zdolal nas zaskoczyc. Z ukrytej pod ciezarowkowym lozkiem lodowki, Llouis* wyciagnal dla nas Pilsenera, sobie zostawiajac Zlotego Bazanta. Ruszylismy wiec ze slowacko-wegierskiej granicy, jak mawiali nasi dziadkowie, z fasonem. Llouis zgrabnie otworzyl swoja puszke, prowadzac jednoczesnie camion, po czym siegnal po fajki. Jesli wierzyc jego slowom, trzydniowego zarostu dorobil sie nie wstajac zza kolka, a list przewozowy z zadeklarowanymi 26 tonami ladunku nieznacznie mijal sie z prawda. Takie zycie. Llouis zaskakiwal nas zreszta przez cala podroz do Budapesztu. Przejechal 70 kilometrow obwodnica wegierskiej stolicy tylko po to, by znalec swoja ulubiona stacje benzynowa z parkingiem na odpoczynek. Tu nasze drogi sie rozeszly. TIR pomknal na Livorno, my zas ulokowalismy namiot na trawniku, oslonieci ciezarowka-chlodnia. Obudzilismy sie w sam raz na czas, by poznac Constantina.
Constatnin byl Rumunem, ktory wiozl z Reichu na handel do swojej ojczyzny zdezelowanego WV golfa. Poniewaz dziurawe chlodzenie gubilo wode po drodze, Constantin szukal na stacji musztardy. Musztarda podobno posiada wszelkie zalety plynu do chlodnic, a przy okazji nie wycieka. My nie dociekalismy. Zreszta musztardy nie udalo sie znalezc, w duzej mierze dzieki wegierskiej barierze jezykowej. Mowimy w koncu o kraju, gdzie nawet "policja" to jakies niewymawialne slowo z zaskakujacymi spolgloskami. Constantin byl oburzony (scheisse Magyarische Leute), albowiem on byl w stanie przynajmniej nauczyc sie niemieckiego. Podroz uplywala jednak razno, w rytm kolejnych wypalanych przez kierowce fajek, a zakonczyla sie w Timiszoarze.
Do Timiszoary Unia Europejska co prawda siega, ale powiew Wschodu jest juz silny. Cieplo, glosno, psiaki na ulicach, a przede wszystkim - mozna zlapac stopa niemal w centrum miasta. My zlapalismy Stefana. Wsrod jego rozlicznych zalet nalezy wymienic wyjatkowo dobry angielski oraz to, ze mial w tym jezyku cos do powiedzenia. Czasem pare przykrych slow o "Romanian highways", a czasem historie z zycia na kontraktach na Dalekim Wschodzie. W naszym kalejdoautskopie pojawil sie nastepnie Catarin. Rok starszy ode mnie, wytatuowany kierowca dostawczaka mowil tylko po rumunsku, za to okazal sie bardzo sympatycznym facetem. Zajadalismy z nim kielbaski z przydroznej knajpy na masce samochodu, a wysiedlismy w Bukareszcie. Obejrzawszy dokladnie dworzec Gara De Nord, uznalismy, ze nie bedzie naszym ulubionym miejscem. Wsiedlismy wiec w pociag, bu obudzic sie w Constantii - czarnomorskim kurorcie przy granicy z Bulgaria. Granice przekroczylismy pieszo i topless, dumnie reprezentujac narod polski na wakacjach. I dalej, wpieriod, vamos.
Nie zdawalismy sobie do tej pory sprawy, jak spora czesc Bulgarii zbudowana jest z betonu. Kto nie wiezy, niech pobiezy na skrzyzowanie drog przy wyjezdzie z Warny. Las zjazdow, slupow i wiaduktow tworzy platanine, w ktorej trudno wydostac sie z powrotem na bulgarskie serpentyny. A jednak sie udalo, zas na serpentynach uslyszelismy pierwszy raz tego dnia jezyk polski.
*Nazwijmy go tak, skoro nie pamietamy jak mial na imie
Constatnin byl Rumunem, ktory wiozl z Reichu na handel do swojej ojczyzny zdezelowanego WV golfa. Poniewaz dziurawe chlodzenie gubilo wode po drodze, Constantin szukal na stacji musztardy. Musztarda podobno posiada wszelkie zalety plynu do chlodnic, a przy okazji nie wycieka. My nie dociekalismy. Zreszta musztardy nie udalo sie znalezc, w duzej mierze dzieki wegierskiej barierze jezykowej. Mowimy w koncu o kraju, gdzie nawet "policja" to jakies niewymawialne slowo z zaskakujacymi spolgloskami. Constantin byl oburzony (scheisse Magyarische Leute), albowiem on byl w stanie przynajmniej nauczyc sie niemieckiego. Podroz uplywala jednak razno, w rytm kolejnych wypalanych przez kierowce fajek, a zakonczyla sie w Timiszoarze.
Do Timiszoary Unia Europejska co prawda siega, ale powiew Wschodu jest juz silny. Cieplo, glosno, psiaki na ulicach, a przede wszystkim - mozna zlapac stopa niemal w centrum miasta. My zlapalismy Stefana. Wsrod jego rozlicznych zalet nalezy wymienic wyjatkowo dobry angielski oraz to, ze mial w tym jezyku cos do powiedzenia. Czasem pare przykrych slow o "Romanian highways", a czasem historie z zycia na kontraktach na Dalekim Wschodzie. W naszym kalejdoautskopie pojawil sie nastepnie Catarin. Rok starszy ode mnie, wytatuowany kierowca dostawczaka mowil tylko po rumunsku, za to okazal sie bardzo sympatycznym facetem. Zajadalismy z nim kielbaski z przydroznej knajpy na masce samochodu, a wysiedlismy w Bukareszcie. Obejrzawszy dokladnie dworzec Gara De Nord, uznalismy, ze nie bedzie naszym ulubionym miejscem. Wsiedlismy wiec w pociag, bu obudzic sie w Constantii - czarnomorskim kurorcie przy granicy z Bulgaria. Granice przekroczylismy pieszo i topless, dumnie reprezentujac narod polski na wakacjach. I dalej, wpieriod, vamos.
Nie zdawalismy sobie do tej pory sprawy, jak spora czesc Bulgarii zbudowana jest z betonu. Kto nie wiezy, niech pobiezy na skrzyzowanie drog przy wyjezdzie z Warny. Las zjazdow, slupow i wiaduktow tworzy platanine, w ktorej trudno wydostac sie z powrotem na bulgarskie serpentyny. A jednak sie udalo, zas na serpentynach uslyszelismy pierwszy raz tego dnia jezyk polski.
*Nazwijmy go tak, skoro nie pamietamy jak mial na imie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz