piątek, 21 sierpnia 2009

Ilandag

Biblijny Noe byl zdecydowanie lepszym patriarcha niz marynarzem. Dowody na to znajdziemy wlasnie w Nachiczewanie i okolicach. Otoz zanim ostatecznie wpakowal sie swoja Arka na gore Agry Dagy, znana bardziej pod szerzona przez ormianska propagande nazwa Ararat (patrz poprzedni post), dokonal zniszczen na znajdujacej sie w poblizu Nachiczewanu gorze Ilandag, wybijajac w skale niemala przelecz. Tyle mowi legenda. W praktyce dzielo Noego wyglada tak:


Ilandag jest doskonale widoczna z miasta Nachiczewan. Jak tu swobodnie chodzic po ulicach, kiedy co chwile zza budynku wychyla sie taki atrakcyjny widok? Nasze oczy odmawialy posluszenstwa, gdy tylko znajdowala sie w zasiegu wzroku. Wpadalismy na laternie, potykalismy sie o krawezniki, deptalismy male zwierzatka. Nie bylibysmy soba, gdybysmy chociaz nie sprobowali tam wejsc, mimo ze gora nie oszalamia wysokoscia - ma zaledwie 2415 m.

W Internecie zadnych informacji poza zdawkowym wpisem na Wikipedii. Pytalismy wiec miejscowych. Dowiedzielismy sie jedynie, ze "ktos tam pewnie kiedys wylazl". Uzbrojeni w te niezwykle cenna wiedze wyruszylismy na podboj Ilandag.

Po wczesniejszym rozpoznaniu dojazd nie stanowil problemu. Po godzinie marszu przez pustynie docieramy do prawdopodobnie bardzo starych ruin wsi w oazie, ktora teraz sluzy jako miejsce wypasu zwierzat. W tym miejscu pojawiaja sie pierwsze trudnosci techniczne - jak zmiescic w sobie ogromna ilosc jedzenia, przygotowanego dla nas przez pasterzy? Wkrotce jednak trudnosci puszczaja, a my, nieco ociezale, podazamy w kierunku wskazanym przez naszych gospodarzy.

Zaledwie po 4 godzinach bladzenia w gore i w dol znajdujemy zespol zlebow, ktore prowadza nas w kierunku szczytu. Przy okazji dowiadujemy sie, dlaczego inna nazwa tej gory to "Snake Mountain". Domyslcie sie, dlaczego.

Robi sie pozno, mimo to napieramy. Dochodzimy do przeleczy bedacej pamiatka po biblijnym patriarsze. Jest 17.45, zmrok zapada okolo 21. Droge w dol szacujemy na 2 godziny, dlatego podejmujemy decyzje, ze idziemy jeszcze 15 minut i dokladnie o godzinie 18 zawracamy. Bezpieczenstwo jest wazniejsze od zdobycia szczytu - kazdy doswiadczony wspinacz podjalby taka decyzje. Jako ludzie rozsadni nie mozemy pozwolic sobie na przekroczenie narzuconego czasu, w ktorym mamy zawrocic - dlatego dopiero po drugim cofnieciu zegarka o 10 minut osiagamy szczyt! Liczymy, ze to pierwsze polskie wejscie - rozpiera nas duma.

Na szczycie powiewaja oczywiscie dwie flagi - azerska oraz turecka. Nie ma jednak pomnikow Ataturka i Heydara Aliyeva, ktorych sie spodziewalismy. Zejscie jest nie mniej meczace od wejscia, dlatego nie mamy ochoty isc za daleko - nocujemy we wspomnianej wczesniej oazie. Noc na pustyni zapewnia dodatkowe, zaskakujace nas atrakcje - deszcz, bardzo niska temperature oraz silny wiatr.

Podsumowujac, gora niewysoka, ale dajaca satysfakcje. Zapewnia niemal cala game atrakcji, jakie moze nam zaoferowac Kaukaz - zaczynajac od pieknych widokow, malej popularnosci, mozliwosci poczucia sie jak pierwsi zdobywcy, konczac na drodze pokrytej od podnoza do szczytu osuwajacymi sie kamieniami, bardzo kruchej skale, spadajacych co chwila glaza zrzucanych przez "tego powyzej", wysokiej temperaturze na dole i solidnym wietrze u gory, zmijach, trudnosciach orientacyjnych. Polecamy!

Maciek

ps. Tak, wiemy ze to troche nie po kolei i ze nie zajaknelismy sie jeszcze slowem o pozagorskich urokach Nachiczewanu. Ale sa w zyciu rzeczy wazne i wazniejsze.

3 komentarze:

  1. szkoda że polskiej flagi nie zostawiliście

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra. Tylko, że ja bym chciała coś innego czasem robić niż czytać waszego blogaska...;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To się doskonale składa, bo my czasem robimy coś oprócz pisania. Możemy się zgrać czasowo. Co Ty na to?

    OdpowiedzUsuń