piątek, 21 sierpnia 2009

Powrot wizy, czyli "problem jok"

Podczas podrozy noc ma to do siebie, ze rozwiazuje wszelkie problemy. Bo w koncu mozna przestac sie zajmowac zmudnym wystawaniem przy drodze (jesli lapiemy stopa), walka o wize (jezeli wybieramy sie do Nachiczewanu), lub gra w karty (jezeli prowadzimy nieustajaca rozgrywke w remika o pol litra). Jest noc - trzeba isc spac. A miejsce jakos sie znajdzie, z niewielka pomoca instynktu.

W Karsie instynkt zawiodl nas do domu kultury. Nie powiem, nie tego sie po nim spodziewalismy, ale decyzja okazala sie trafna. Kiedy staralismy sie odgadnac funkcje sporego budynku na uboczu miasta, wypadl na nas policjant. Slowo "wypadl" najlepiej opisuje wektor ruchu starszego mundurowego w bassebalowce i z wasem. Podbiegajac do nas wykrzykiwal rozmaite slowa po turecku i machal rekoma. Mimo tego, po chwili domyslilismy sie, ze... zaprasza nas do srodka. Gdybysmy byli harcerzami, zebralibysmy tej nocy duzo sprawnosci. Obozowanie w miescie - to raz. Rozmowa po turecku za pomoca czterech slow* - dwa. Wypalenie shishy z policjantem - trzy. I co wy wiecie o policji, smutni chlopcy z polskich blokowisk?

Wyspalismy sie tego dnia nad podziw dobrze. I slusznie, bo czekal nas kolejny zwrot akcji. Zwrot zastal nas przy sniadaniowym melonie o poranku, nad rzeka. Objawil sie dzwonkiem telefonu. Halo halo, tu Londyn... to znaczy Uniwersytet Nachiczewan. "Przepraszamy bardzo za problemy z wiza, wogole namieszalismy, ale przyjedzcie jeszcze raz na granice, to was wpuszcza. Bez wizy." Ech, no i tak to jest, jak sie chce zrobic wakacje od wakacji. Ledwo dalismy z Nachiczewanem za wygrana, okazuje sie, ze mozemy jeszcze wygrac. Z ociaganiem rezygnujemy z chaotycznego urlopu w Turcji, ale nie zamierzamy pedzic na azerska granice na zlamanie karku. Dzis zostajemy na miejscu. Bo Kars, gdzie jestesmy, to nie takie pierwsze lepsze miasto w Turcji. I nie chodzi nam tylko o to, ze jest znane z powiesci Orhana Pamuka, czy powinno byc znane za sprawa doskonalego sera i jeszcze lepszego klimatu. Ot, na przyklad wezmy taki Monument Zgody. Nad Karsem wznosi sie potezna rzezba, ukazujaca dwie podajace sobie rece postacie. I sa to - o dziwo - Ormianin i Turek. Obelisk powstal z inicjatywy poprzedniego burmistrza, ktory pragnal otworzyc w poblizu przejscie graniczne z Armenia. I wlasnie z tego powodu nie jest juz burmistrzem. Konflikt z Ormianami wzarty jest gleboko w turecka mentalnosc - panstwo gwiazdy i polksiezyca do dzis nie przyznalo sie do pogromu chrzescijan na poczatku XX wieku. Z kolei Azerbejdzan wciaz pamieta Ormianom wojne z 1994 roku i zajecie Gornego Karabachu. Rzad w Baku utrzymuje, ze 20% jego panstwa jest okupowane przez "terrorystow z Armenii". A ze z terrorystami sie nie rozmawia, to i stosunki miedzynarodowe po prostu tu nie istnieja.

Albo raczej skladaja sie z kilometrow drutu rozciagnietych wzdluz zamknietej na glucho granicy. Pedzilismy tuz przy niej na drugi dzien, szykujac sie na kolejne starcie z pogranicznikami. Czasem tylko od szosy do Nachiczewanu odbijala sciezka niknaca gdzies w zasiekach. "Tam sie da przejsc" - pokazuja takie atrakcje pasazerom kierowcy "marszrutek". Oczywiscie nie wolno, ale przeciez Erewan - wroga stolica - jest doslownie w zasiegu wzroku.

Na granicy przywital nas usmiechem zapoznany uprzednio oficer w zielonym mundurze.

-Zdrawstwujtie! Wiza jest?
-Nie ma. I podobno problemu tez nie bedzie.
-A ja mysle, ze bedzie znowu - zauwazyl przekornie.

Nie wiemy, czy dostrzegl zadze mordu w naszych oczach, skrywana za przeciwslonecznymi szklami. Zrzucilismy bagaz w jakims pustym biurze pogranicznikow i usiedlismy. Trzy godziny pozniej dostalismy paszporty z wbita azerska pieczatka. Wieczorem bylismy w Nachiczewanie.

*Evet, hayir, problem jok!

2 komentarze:

  1. Jest piękny. Przypomina mi Midi d'Ossau, który wciąż śni się po nocach. Chłopaki zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Normalnei jak kryminał się czyta!:)

    OdpowiedzUsuń